29 sierpnia pojechałem do belgijskiego Eernegem, żeby po raz pierwszy zobaczyć Night Patrol na żywo. Historię zespołu znałem już wcześniej z długiej wymiany wiadomości z jego pomysłodawcą i basistą Erikiem. Wiedziałem, skąd wzięła się jego fascynacja Maanamem, jak wyglądało szukanie ludzi do wspólnego grania i dlaczego od początku zależało mu na tym, żeby tych piosenek nie tłumaczyć ani nie przerabiać na coś wygodniejszego dla belgijskiej publiczności.
To jednak co innego czytać czyjąś historię, a co innego później stanąć kilka metrów od sceny i zobaczyć, co z tej historii naprawdę powstało.
Tego wieczoru przed Night Patrol zagrał belgijski Ketters. W programie znalazł się również Lucky Lords, ale na trzeci koncert niestety nie mogłem już zostać. Nie jest to więc relacja z całego wieczoru, tylko z dwóch występów, które faktycznie widziałem.
Nie było wielkiej sceny, rozbudowanej produkcji ani warunków, w których technika może przykryć wszystko inne. Był mały klub, niewielki dystans między muzykami a publicznością i zespoły, które musiały obronić się przede wszystkim tym, co potrafią zrobić z instrumentami.
I chyba właśnie dlatego ten wieczór zapamiętałem tak dobrze.
Club B52 – małe miejsce, niewielki dystans
Club B52 mieści się w Eernegem, należącym do gminy Ichtegem. Budynku trudno nie zauważyć. Jaskrawozielona fasada i duże oznaczenia B52 od razu wyróżniają go spośród sąsiednich domów.

Dopiero po wejściu widać jednak, jak kameralne jest to miejsce.
Scena, bar i publiczność są blisko siebie. Sufit jest niski, scena niewielka, a między muzykami i ludźmi stojącymi przed nimi praktycznie nie ma dystansu. Nie patrzy się tutaj na koncert gdzieś z końca dużej sali. Wszystko dzieje się niemal na wyciągnięcie ręki.
Ma to ogromny urok, ale również swoje ograniczenia.
Tego wieczoru szczególnie było to widać przy oświetleniu. Mocne niebieskie, zielone i fioletowe światła przebijały się przez dym i w ciągu kilku chwil potrafiły całkowicie zmienić wygląd sceny. Przy niskim suficie dym nie miał gdzie szybko się rozproszyć, więc momentami wszystko tonęło w gęstej, kolorowej poświacie.
Na żywo budowało to bardzo klubowy klimat. Dla aparatu i kamery było już znacznie mniej łaskawe. Dlatego część zdjęć i nagrań z tego wieczoru ma mocne przebarwienia, refleksy i charakterystyczną mgłę. Wystarczyło jednak, żeby dym na chwilę opadł, a ta sama scena wyglądała zupełnie inaczej.
Nie odbierało mi to przyjemności z koncertu. Wręcz przeciwnie. Takie miejsca mają swój charakter właśnie dlatego, że nie wyglądają jak perfekcyjnie przygotowane hale, w których każdy reflektor i każdy metr przestrzeni został zaplanowany pod transmisję telewizyjną.
W małym klubie łatwiej zauważyć rzeczy, które na większej scenie potrafią zniknąć. Gest muzyka, spojrzenie w stronę drugiego członka zespołu, moment skupienia przed wejściem z kolejną partią albo zwykły uśmiech pojawiający się podczas grania.
Słychać też wszystko z bardzo bliska, choć nie zawsze oznacza to idealny dźwięk. Tutaj każdy instrument od razu staje się częścią całego pomieszczenia.
Lubię takie koncerty właśnie dlatego, że trudno się na nich schować za rozmiarem wydarzenia.
Zostaje zespół, publiczność i muzyka.
Ketters od razu podniósł temperaturę
Wieczór otworzył belgijski Ketters, określający swoją muzykę jako garage punk rock.
Ketters to zaledwie trzyosobowy skład, ale na scenie zdecydowanie nie brzmiał jak mały zespół.
Od pierwszych minut było surowo, ciężko i głośno. Gitara, bas i perkusja wypełniły niewielkie wnętrze B52 właściwie od razu. To nie jest muzyka, która może sobie spokojnie grać gdzieś w tle. Kiedy Ketters zaczyna, trudno zajmować się czymkolwiek innym.

Osobiście bardzo lubię takie brzmienia, więc Ketters szybko mnie do siebie przekonał.
Nie próbowali niczego nadmiernie wygładzać. Było dużo ciężaru, sporo punkowej bezpośredniości i ten rodzaj kontrolowanego hałasu, który na nagraniu można odebrać zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy stoi się kilka metrów od zespołu.
W B52 pasowało to bardzo dobrze.
„Money” – utwór, który został ze mną najdłużej
Najbardziej zapamiętałem „Money”.
Spośród numerów zagranych przez Ketters właśnie ten najmocniej trafił w mój gust. Miał wyraźny rytm, odpowiedni ciężar i energię, która w takich warunkach działa szczególnie dobrze.
Nie chodziło nawet o analizowanie poszczególnych instrumentów. To był po prostu jeden z tych momentów koncertu, kiedy człowiek przestaje zastanawiać się nad tym, dlaczego coś mu się podoba.
Po prostu działa.
Jeśli chcecie sprawdzić sami, „Money” można posłuchać na YouTube.
Po występie miałem okazję krótko porozmawiać z Frederikiem Vanhoo.
Zawsze ciekawi mnie ten moment po koncercie, kiedy człowiek schodzi ze sceny i cała jej otoczka nagle znika. Jeszcze chwilę wcześniej stoi przede mną muzyk grający ciężki, surowy garage punk rock, a kilka minut później rozmawiam z bardzo sympatycznym i otwartym człowiekiem.
W przypadku Frederika dokładnie takie miałem wrażenie.
Po Ketters przyszedł jednak czas na zespół, na który czekałem tego wieczoru najbardziej.
Night Patrol – historia, którą wcześniej znałem tylko z wiadomości
Kilka tygodni wcześniej przeprowadziłem z Erikiem długi wywiad.
Opowiadał wtedy o tym, jak odkrył Maanam. Wszystko zaczęło się od „Nocnego Patrolu” i linii basu, która zwróciła jego uwagę praktycznie od razu. Później pojawiały się kolejne utwory, zainteresowanie całym zespołem i w końcu pomysł, żeby tę muzykę samemu zacząć grać.
Brzmi prosto, kiedy opowiada się o tym z perspektywy gotowego zespołu.
Droga do tego momentu prosta jednak nie była.
Pierwszy skład się rozpadł. Trzeba było szukać kolejnych muzyków i ponownie budować projekt, który już wcześniej wydawał się trudny do zrealizowania. Bo sam pomysł rzeczywiście nie jest oczywisty.
Belg zakłada zespół grający Maanam.
Po polsku.
Nie tłumaczy tekstów na angielski i nie próbuje dostosować ich do odbiorców, którzy często nigdy wcześniej nie słyszeli ani o Korze, ani o Maanamie.
Pojawiało się więc dość naturalne pytanie: kto w Belgii będzie chciał tego słuchać?
Mając tę historię z tyłu głowy, patrzyłem na Night Patrol inaczej niż na zespół, który widzę po raz pierwszy bez żadnego wcześniejszego kontekstu.
Nie chodziło tylko o to, czy dobrze zagrają. Chciałem zobaczyć, czy pomysł, o którym wcześniej czytałem w wiadomościach Erika, naprawdę działa wtedy, kiedy kończą się opowieści o planach, próbach i szukaniu ludzi, a zaczyna koncert.
Wcześniejszy wywiad z Erikiem i historię powstania Night Patrol można przeczytać tutaj.
Maanam po swojemu
Jedna rzecz z wcześniejszej rozmowy z Erikiem wróciła do mnie właściwie od pierwszych minut występu.
Night Patrol nie chce kopiować Maanamu nuta po nucie.
Na żywo było to wyraźnie słychać.
Utwory pozostają znajome. Nie ma wątpliwości, czego się słucha, i nie chodzi o przerabianie ich na coś zupełnie innego. Zespół zachowuje charakter tej muzyki, ale nie próbuje stworzyć scenicznej rekonstrukcji Maanamu.

To ważna różnica.
W przypadku tribute bandów łatwo wpaść w pułapkę ciągłego porównywania z oryginałem. Czy wokal brzmi tak samo? Czy gesty się zgadzają? Czy aranżacja jest wystarczająco wierna?
Night Patrol nie idzie tą drogą. Słychać szacunek do materiału, ale jednocześnie jest miejsce na własny charakter zespołu.
Dzięki temu nie miałem wrażenia, że oglądam próbę cofnięcia czasu.
Edyta nie udaje Kory – i bardzo dobrze
Najbardziej oczywiste porównanie dotyczy oczywiście wokalistki.
Kora była postacią tak charakterystyczną, że praktycznie każda osoba śpiewająca jej repertuar zostanie z nią zestawiona, niezależnie od tego, czy tego chce.
Edyta nie próbuje jednak udawać Kory.
I moim zdaniem właśnie w tym tkwi jedna z największych sił Night Patrol.
Ma własną barwę, własny sposób prowadzenia frazy i dużo naturalnej siły w głosie. Potrafi śpiewać spokojniej, ale kiedy utwór wymaga mocniejszego wejścia, nie boi się użyć głosu zdecydowanie ostrzej.
Jej wokal był dla mnie jednym z najmocniejszych punktów całego koncertu.

Po występie miałem okazję chwilę z nią porozmawiać i sama z uśmiechem przyznała, że lubi czasem na scenie pokrzyczeć.
Po tym, co chwilę wcześniej usłyszałem, trudno było jej nie uwierzyć.
W repertuarze Maanamu takie podejście po prostu pasuje. Te utwory nie zawsze potrzebują idealnie wygładzonego wokalu. Potrzebują emocji, napięcia i charakteru.
Edyta to ma. Nie dlatego, że próbuje odtwarzać cudzą osobowość, ale właśnie dlatego, że wnosi własną.
Pięć osób, kilka krajów i jeden zespół
Sam skład Night Patrol jest zresztą ciekawą historią.
Erik i perkusista Lieven są Belgami. Edyta jest Polką. Markus ma polskie korzenie i przez wiele lat mieszkał w Niemczech, a Gustavo pochodzi z Wenezueli.
Na próbach komunikują się głównie po angielsku. Później wychodzą na scenę i grają po polsku piosenki zespołu, który powstał wiele lat wcześniej w zupełnie innym miejscu i rzeczywistości.
Na papierze samo to wystarczyłoby już na ciekawą historię.
Podczas koncertu szybko jednak przestaje się o tym myśleć.
Kiedy zespół zaczyna grać, nie analizuje się już, kto skąd pochodzi i w jakim języku rozmawia podczas prób. Znacznie ważniejsze staje się to, czy tych pięć osób naprawdę brzmi razem.
Brzmieli.
Nie jak przypadkowo dobrani muzycy wykonujący swoje partie obok siebie, ale jak zespół.
I chyba właśnie wtedy najmocniej dotarło do mnie, jak daleko cała ta historia zaszła od momentu, w którym Erik po prostu usłyszał linię basu w „Nocnym Patrolu”.
Wcześniej czytałem jego opis chwili, kiedy sięgnął po instrument i zaczął uczyć się tej muzyki.
Teraz stał kilka metrów ode mnie z basem w rękach i grał ją razem z ludźmi, których przez długi czas próbował znaleźć.
Taki obraz zostaje w pamięci dłużej niż sama opowieść.
Mała scena nie wybacza wszystkiego
Sam pomysł Night Patrol jest ciekawy, ale ciekawa historia nie obroniłaby koncertu, gdyby na scenie zabrakło muzyki.
W B52 wszystko dzieje się zbyt blisko, żeby wiele rzeczy dało się ukryć.
Przy dwóch gitarach, basie i perkusji łatwo byłoby przykryć wokal Edyty albo zamienić całość w ścianę dźwięku. Przez większość występu tak się jednak nie działo.
Nie miałem potrzeby rozkładania każdego instrumentu na części. Ważniejsze było dla mnie to, że całość się trzymała i że muzycy nie sprawiali wrażenia, jakby każdy próbował za wszelką cenę wyjść na pierwszy plan.
W repertuarze Maanamu to szczególnie ważne. Łatwo przykryć melodie samą głośnością albo zrobić z tych utworów coś cięższego, niż powinno być.
Night Patrol tej równowagi nie zgubił.
Nie wszystko brzmiało idealnie
Nie był to jednak koncert pozbawiony problemów.
Momentami nagłośnienie sprawiało, że nie wszystkie elementy było słychać tak wyraźnie, jak można by sobie życzyć. Wokal i instrumenty chwilami zlewały się ze sobą, a część detali zwyczajnie ginęła w całości.
Nie miałem jednak wrażenia, że wynikało to z samej gry zespołu.
Małe kluby rządzą się własnymi prawami. Kiedy scena znajduje się tak blisko publiczności, a dźwięk ma niewiele przestrzeni, nawet dobry zespół musi czasami mierzyć się z warunkami, na które nie ma pełnego wpływu.
W takich momentach bardziej niż idealne brzmienie interesowało mnie to, co zrobią muzycy.
Night Patrol nie stracił tempa ani pewności. Nie było widać, żeby techniczne niedoskonałości odbierały im przyjemność z grania.
Grali dalej.
I właśnie wtedy najlepiej widać, czy zespół potrafi utrzymać koncert nawet wtedy, kiedy nie wszystko układa się idealnie.
Pierwsze spotkanie poza ekranem
29 sierpnia po raz pierwszy spotkałem Erika osobiście.
Do tej pory znaliśmy się wyłącznie z wiadomości. Z długiej wymiany można dowiedzieć się o człowieku bardzo dużo, ale nadal pozostaje to kontakt przez ekran.
Byłem więc ciekawy, czy moje wcześniejsze wrażenie będzie podobne również podczas zwykłej rozmowy twarzą w twarz.
Było.
Miałem okazję porozmawiać z członkami Night Patrol przed występem i po jego zakończeniu. Rozmowa była zwyczajna i swobodna. Nie czułem dystansu między ludźmi, których chwilę wcześniej oglądałem na scenie, a tymi, z którymi później stałem i rozmawiałem.

Spotkałem po prostu grupę sympatycznych i otwartych osób.
Może brzmieć to jak drobiazg, ale po obejrzeniu koncertu miało dla mnie znaczenie. Łatwiej było zrozumieć, skąd na scenie bierze się ta swoboda.
Nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy przychodzą, wykonują swoje partie i rozchodzą się do domów.
Było widać, że ten projekt po prostu sprawia im przyjemność.
Polski zostaje polski
Jednym z tematów, które szczególnie zainteresowały mnie podczas wcześniejszej rozmowy z Erikiem, była kwestia języka.
Dla belgijskich słuchaczy, którzy nie znają polskiego, język jest przecież oczywistą barierą.
Można słuchać melodii, ale nie rozumieć tekstu. Nie znać odniesień, historii Maanamu ani miejsca, jakie te piosenki zajmują w polskiej kulturze.
Najprostszym rozwiązaniem byłoby przetłumaczenie repertuaru na angielski.
Night Patrol tego nie zrobił.
I chyba dobrze.
Język polski jest częścią tych utworów. Zmiana słów oznaczałaby zmianę czegoś więcej niż tylko znaczenia zdań.
Erik wcześniej zwracał uwagę, że ludzie często dopiero po koncertach przekonują się, iż brak znajomości języka nie musi być przeszkodą tak dużą, jak mogłoby się wydawać.
Najpierw słyszą muzykę.
Rytm. Bas. Gitarę. Wokal.
Dopiero później mogą zacząć pytać, o czym właściwie jest ten utwór i kim był zespół, którego wcześniej nie znali.
To zresztą bardzo dobrze zamyka koło całej historii.
Erik również nie zaczął od tłumaczenia tekstów Kory.
Najpierw usłyszał muzykę.
Reszta przyszła później.
Kiedy historia z wiadomości wychodzi na scenę
Po tym wieczorze zostało mi przede wszystkim przekonanie, że Night Patrol nie musi już bronić się wyłącznie ciekawostką: „Belgowie grają Maanam po polsku”.
To dobre zdanie na początek historii. Może zainteresować kogoś, kto nigdy wcześniej o zespole nie słyszał.
Ale kiedy zaczyna się koncert, ciekawostka szybko przestaje wystarczać.
Zostaje pytanie, czy zespół potrafi grać, czy wokal przekonuje, czy muzycy brzmią razem i czy utwory napisane kilkadziesiąt lat temu nadal działają na ludzi stojących kilka metrów od sceny.
W Club B52 dostałem na te pytania odpowiedź.
Night Patrol nie jest kopią Maanamu i nie powinien nią być. Bierze tę muzykę, zachowuje jej język i charakter, ale gra ją po swojemu – z własnym brzmieniem, własnymi doświadczeniami i ludźmi, którzy nie próbują udawać kogoś, kim nie są.
Po wszystkim wróciła do mnie jeszcze jedna myśl.
Kilka tygodni wcześniej czytałem wiadomości Erika o pierwszych próbach, o składzie, który się rozpadł, o ponownym szukaniu muzyków i o wątpliwościach ludzi, którzy nie wierzyli, że polskojęzyczny projekt może znaleźć w Belgii miejsce dla siebie.
Wtedy była to historia o czymś, co próbował zbudować.
29 sierpnia nie trzeba już było tego tłumaczyć.
Wystarczyło spojrzeć na scenę.
Najczęściej zadawane pytania
Kiedy i gdzie odbył się koncert Night Patrol?
Koncert odbył się 29 sierpnia 2026 roku w Club B52 w Eernegem, na terenie belgijskiej gminy Ichtegem.
Jakie zespoły występowały tego wieczoru?
W programie znalazły się Ketters, Night Patrol oraz Lucky Lords. Relacja obejmuje występy Ketters i Night Patrol, ponieważ na koncert Lucky Lords nie mogłem już zostać.
Czy Night Patrol kopiuje Maanam?
Nie. Zespół wykonuje utwory Maanamu po polsku i zachowuje ich charakter, ale nie próbuje odtwarzać oryginalnych wykonań nuta po nucie. Muzycy pozostawiają miejsce na własne brzmienie, a Edyta nie próbuje naśladować Kory.
Który utwór Ketters zrobił na mnie największe wrażenie?
Najbardziej zapamiętałem „Money”. To właśnie ten utwór najlepiej trafił w mój gust podczas koncertu Ketters w Club B52.